Archiwum dla maj, 2008



praski kolaż

zacząłem przed chwilą opisywać mój praski pobyt. Skasowałem wszystko, bo stwierdziłem, że opisuję każdą sekundę i gdybym chciał pisać tak dalej, to musiałbym za pewne pisać jakieś 3 dni, o tym co, jak, gdzie, z kim i dlaczego. A proszę o danie wiary, przez 3 dni ani mi się nie będzie chciało pisać, ani mi sił nie starczy, ani życie mi na to nie pozwoli.
Praga, powtórzę się może – jest inna. Wiekowa. Pełna tramwajów i tykających przejść dla pieszych. Z metrem, które posiada stacje przesiadkowe. Pełna ludzi i ‘kasyn’. Tłoczna w centrum, a poza nim, pod względem zagęszczenia ludzi, już całkiem znośna. Posiadająca małe restauracje w miejscach, w których zgodnie z polskimi standardami, restauracji mało kto by się spodziewał.
Praga dała mi do zrozumienia, że nie można bać się ludzi tylko dlatego, że istnieje możliwość niedogadania się z nimi i utwierdziła w przekonaniu, że mój angielski jest bardziej angielski po dwóch piwach (tudzież mohito), że w ogóle istnieje coś takiego jak ‘mój angielski’. Oczywistym jest, że mój angielski jest do bani, ale hmm – jakoś się dogadywałem. Poznałem bardzo fajnych ludzi. Bardzo fajnych.
Praga pozwoliła mi zapomnieć się na chwilę. Nie myślałem o tym wszystkim co zostawiłem tutaj, w polskim kraju. Myśli moje krążyły tylko wokół chwil ówczesnych, miłych, zabawnych, beztroskich. Kawa poranna na tarasie z widokiem na dachy sąsiednich kamienic i Murakami, od stron którego ostro odbijało się wesołe słońce – to też Praga.
I chyba nie będę się za bardzo zastanawiać nad odpowiedzią na kolejne zaproszenie do miasta Praga. Wyjazd w środę, dnia 21 maja o 14:52 z Gdyni Głównej.
Ahoj!

minęło

tak więc.. odeszło, zginęło, przepadło! Głupie marne samopoczucie dało sobie na luz.
Jeżdżąc po sopockim parku na rolkach ścigam się z motylem.
W pracy czuję się dobrze, ba chyba nawet znowu myślę, że jestem dobry w tym co robie.
Gdynia jako miasto znowu jest przeze mnie lubiana.
Odbieram telefony i prowadzę miłe rozmowy.
Żyję poprawnie i dość radośnie.

A w głowie wciąż Praga.

n i e m o c

nie czytam, nie piszę, nie myślę..
w sieci zaglądam tylko do Kolorów Wyobraźni, słucham muzyki.
z ulgą dla świata nie robię zdjęć i nie modernizuję swojej strony.
pracuję tylko w pracy, zaniedbując dodatkowe projektowe prace domowe.
nie chce mi się pisać smsów, chce mi się jej tylko czytać – a i to nie od wszystkich.
w głowie mam zamysł posta o praskiej przygodzie, ale ciało nie ma już zapału do zmaterializowania owej noty.
jeżdżę na rolkach po pustym parkingu w prawie-centrum-miasta.
totalna niemoc naznaczona samotnością, poniekąd z głupoty.

gdyby istniała możliwość kupienia zapału, oddałbym za niego każdą kasę – nienawidzę leniwej wersji samego siebie. niemoc bierze się braku mocy pochodzącej z źródeł ludzkiej bliskości specjalnego rodzaju.

wróciłem – niestety

i wróciłem.
Zapchane ucho, cieknący nos – z dworca do domu wracam taksówką – choć szczerze ich nie lubię. Głowa wczoraj, dziś, jutro pewnie też, pełna wspomnień. Tak, chwile spędzone w mieście Praga są już niestety wspomnieniami, eh. Dałbym wiele, by były wciąż chwilami bieżącymi. O Pradze napisze innym razem, teraz jakoś jestem zbyt mocno jej złakniony by móc spokojnie o niej pisać, o tych miejscach, tych ludziach.

Dziś poranek bez internetu. Dziwnie, inaczej, ale nie źle. Był czas na pranie, sprzątanie, Gazetę, zrobienie jajecznicy na śniadanio-obiad dla siebie i wracającej z dalekiej Wielkopolski konkubiny. Z współlokatorką wróciła psia dziewczynka, która jakby trochę urosła i zmądrzała – sika już tylko i wyłącznie na gazety.

Dziś też kupiłem sobie wiertarkę. Powiesiłem kalendarz, czekający na tą chwile aż 4 miesiące. Mógłbym teraz przytoczyć treść pewnej bardzo popularnej reklamy zaaranżowaną do mojej sytuacji: wiertarka – 179 zł, wiertła – 29 zł, kołki – 8 zł, widok jazzowego kalendarza pilsnera na ścianie – bezcenne.

ahoj

post bedzie bez polskich znakow. Bo klawiatura w czeskim hotelu nie jest dostosowana do pisania po polsku. Nom – przynajmniej czuje, ze jestem za granica.
Praga jest niesamowita. To tak krotko. 
A w wersji dluzszej. Nigdy nie bylem w miescie, w ktorym jest rownie duzo tramwajow – na przejazd ktorymi kupuje sie sliczne bilety. Nigdy nie bylem w miescie, w ktorym czytalbym wszystko co sie da przeczytac – czytam wszystkie ulotki, reklamy, napisy sklepowych witryn. Nigdy nie bylem w kinie na filmie, z ktorego nic nie rozumialem – czeski wcale nie jest podobny do polskiego. Nigdy nie siedzialem na tarasie z widokiem na dachy sasiednich kamienic. Nigdy nie widzialem takiego zbiorowiska kamienic. Nigdy nie kaleczylem tak angielskiego jak teraz tutaj – nigdy nie musialem gadac w tym jezyku. I nigdy nie zapmietam tej frazy jaka wypowiada sie na odchodne, cos w rodzaju polskiego ‘milego dnia’.
I wychodzi na to, ze nic nie widzialem. 

Siedzac sobie na tarasie i pijac poranna kawe (znowy z cukrem i z mlekiem) myslalem o tym jak fajnie byloby mieszkac w takim praskim miescie. Stwierdzilem, ze morze nie jest mi niezbedne. Ze moze moglbym zamieszkac w jakims Wroclawiu, tak podobnym do Pragi.

I koncze ta notke, ide posluchac czechow i poczytac jeszcze troche.

« Poprzednia strona