wczoraj na dużym kawałku tektury namalowałem choinkę. Położyłem pod nią prezenty. Przy choince z tektrury zjadłem kolację w najlepszym możliwym towarzystwie. Ot przedświąteczna kolacja z samym dobrem.
dziś wszystkie prezenty, oprócz tego który otrzymało samo dobro, położyłem pod prawdziwą, wszak niepachnącą choinką w domu w mieście-jeszcze-dalej-na-północ. Leżą tam i wyczekują jutra. I ja też leżę, tylko w łóżku a nie pod choinką i również czekam.. myślę i czuję się chwilowo zagubiony. Czuję, że mój życiowy problem powiązany dość mocno z moim szczęściem, zaczyna mnie na nowo przerastać – oby to było tylko chwilowe.
jutro wieczorem zaczną się święta.. wiem, że będą rodzinne i ciepłe, że będzie jak zwykle poprawnie.
A dziś szybko pójdę spać i nieuczciwie odniosę krótkotrwałe zwycięstwo nad tłustymi grafitowymi myślami.
i mam wielką ochotę namalować obraz. Duży prawdziwy obraz.



